bar w skowycie, alkohol saczy sie z ust do ust. rozmowa. pytanie.
skad jestes? z polski? tam pewnie jest bardzo zimno, nie?
cisza - i gleboki wdech hiszpanskiego powietrza, ktore zawsze jest pelne rownie inteligentnych pytan jak to, ktore wlasnie padlo; no to prowokacja.
a teraz spytaj mnie czy mamy internet w moim kraju...
cisza. konsternacja. moze zle wymierzylam ton sarkazmu w glosie? rany, przeciez nigdy mi sie to nie zdarza. ok, trzeba bedzie dobic zwierza:
tak, mamy internet w polsce i nie, nie jest u nas bardzo zimno.
zero reakcji. przedluzona cisza. zreczna zmiana tematu... wiecej alkoholu.
a puenta jest wlasciwie taka: kilkanascie minut pozniej, gdy oddalilam sie od grona, z ktorym spedzalam tamten wieczor, hiszpanka, ktora zadala tamto pytanie, szturchnela za ramie moja wspollokatorke towarzyszaca mi tego wieczoru - amerykanke, btw - i zapytala scenicznym szeptem: to w koncu jest zimno czy nie w tej polsce?